10 nowoczesnych technologii – miały być, a nie ma

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Czas czytania: 9 min.

W 2006 roku nie istniał iPhone. Dziś całe rzesze ludzi pędzą, aby wyposażyć w ten kieszonkowy superkomputer. Wiosną 16 marca 1921 roku – czyli sto lat temu w środę, sprawdziliśmy – miała miejsce premiera niemego filmu Cud nad Wisłą. Dziś video streamujemy w czasie rzeczywistym w sieci. Dwieście lat temu, w Nowy Rok 1821 roku, ukazał się pierwszy numer „Kuriera Warszawskiego”. Dziś blogi, webwriting i słowo pisane w Internecie grozi rychłym końcem słowu drukowanemu i czasopismom. 

Czy ówcześni zastanawiali się nad tym, jak rozwiną się technologicznie te wszystkie koncepcje? Z pewnością tak. Wiele z tych pomysłów jednak się nie ziściło, choć od dawna wszystko było przecież przepowiedziane!

Eksperyment wykonany, lecz niestety nieudany

Polem do eksperymentów jest często kultura masowa. Nijak jej do osiągnięć naukowych, choć czasem te dwie dziedziny mijają się na całkiem bliskim dystansie. Zwykle takie spotkania wyglądają jak tramwajarze z mema.

Kultura masowa i nowoczesna technologia - przemykają tuż obok siebie, ale zwykle w przeciwnym kierunku,
a wszystko to w ogóle jakieś rozmazane, niejasne, w biegu i na chwilę.

Stwierdzenia o tym, że sztuka wysokich i niskich lotów zainspirowała późniejszych projektantów i konstruktorów wynalazków, raczej należy przyjmować z ograniczonym zaufaniem. Nie da się zaprzeczyć, że da Vinci faktycznie zaproponował ilustrację śruby powietrznej, czyli coś na kształt helikoptera. Zaprojektował także wielką kuszę na podwoziu kołowym. Pomysł zrealizowali Brytyjczycy, z broni wystrzelić się nie udało.

Inny projekt maszyny latającej Leonarda da Vinci ukazuje helikopter podnoszony przez wirnik wprawiany w ruch przez czterech mężczyzn. Model nie zadziałałby, ponieważ kadłub obracałby się w przeciwnym kierunku niż wirnik. Ale rozwiązanie było blisko. W tym przypadku śmigłowce naprawdę powstały, ale… pierwszy pojawił się w 1907 roku. Wisiał na wysokości półtora metra przez minutę. Gdyby ktoś pytał, to da Vinci żył w latach 1452-1519.

1. Jetpack

Alternatywa: wskocz w wing suit, ale to falowanie i spadanie

E tam, Buzz Astral z Toy Story i Osioł ze Shreka potrafią to robić bez sprzętu.

Marzenie każdego dziecka, które nie boi się wyzwań. Na równi mniej więcej z tym, jak zostanie strażakiem u chłopców  – przynajmniej na pewnym etapie życia. Jetpack to inaczej odrzutowy plecak. Owszem, istnieją, ale nie w żadnej rozsądnie rynkowej lub możliwej do wyprodukowania formie. Każda wprowadzona do tej pory wersja tej technologii w równym stopniu spala pieniądze i paliwo potęgę. Poza tym są one co najmniej kłopotliwe zarówno pod względem rozmiarów, jak i objętości. Aha, i są też strasznie, strasznie niebezpieczne. Żaden rozsądny sprzedawca nie podejmie takiego ryzyka. 

Zdania podzielone. Wniosek: no jeszcze nie.

JB-10 firmy JetPack Aviation jest już sprzedawany ekskluzywnej grupie klientów. Gadżet w stylu Bonda jest pierwszym na świecie komercyjnie dostępnym jetpackiem, ale do tej pory udało się zebrać nieco ponad jedną dziesiątą docelowej kwoty 300 000 GBP (379 000 USD). Na razie musimy zadowolić się oglądaniem innych ludzi. 

Poniżej próby Gravity Industries. Ogląda się jak lot na smoku w Niekończącej się opowieści, no, może gdyby nie ta muzyka.

2. Latające samochody

Alternatywa: kup drona albo poduszkowiec

Zostańmy jeszcze w przestworzach póki możemy. Bo możliwe, że szybko tam nie zajrzymy. Technologie lotnicze i kosmiczne rozwijają się, ale nie dla pasażerskiego użytku komercyjnego. Za to nieźle idzie nam z dronami.

Technicznie rzecz biorąc latające samochody wyszły już z fazy koncepcyjnej. Ich pojawienie się jest często przewidywane przez futurologów, a wiele projektów koncepcyjnych zostało całkiem nieźle wypromowanych. Mimo to niepowodzenie praktycznej realizacji pomysłu doprowadziło do powstania hasła „Gdzie jest mój latający samochód?” („Where’s my flying car?”) jako synonimu niepowodzenia realizacji przewidywanych technologii.

Jetsonowie będą musieli jeszcze posiedzieć trochę w wytwórni Hanna-Barbera.

Na początku lat 70. dwóch przedsiębiorczych znajomych, Henry Smolinski i Hal Blake, wpadło na pomysł stworzenia latającego samochodu  AVE Mizar, i to dosłownie: poprzez połączenie samolotu Cessna Skymaster z Fordem Pinto (1970-1980). Podczas pierwszego lotu w 1973 Cessna odłączyła się od samochodu. Obaj mężczyźni podzielili los legend Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury i zginęli w wyniku zderzenia, a od tamtego czasu nie było już żadnych innych prób masowej produkcji latających samochodów. Zresztą samochód sklejony z samolotem to nie do końca to, o czym mówimy, bo myślimy raczej o latającej taksówce Bruce’a Willisa z Piątego Elementu albo o motocyklu Hagrida w sadze Harry Potter

Kiedy ludzie myślą o latających samochodach, zazwyczaj mają na myśli pojazd, który wygląda dokładnie tak samo jak samochód… z wyjątkiem latania. W przeciwnym razie można powiedzieć, że już je mamy – w postaci helikopterów i małych samolotów odrywających się od ziemi z wykorzystaniem skrzydeł czy systemu wirników. Nie zapominajmy jeszcze o unoszących się nad ziemią poduszkowcach, ale to raczej atrakcyjna forma turystyki krajoznawczej albo wojskowe desantowce.  Elon Musk może sobie łączyć siły z Rosjanami, Marsjanami i Inspektorem Gadżetem – prawdopodobnie długo jeszcze nie spojrzymy w niebo, żeby rozpoznać markę przemykającego autolotu. Ale za to może zobaczymy bioniczne ptaki.

 

3. Podróż szybsza od światła

Alternatywa: zagraj w grę w komputerową albo kup Bugatti Chiron Super Sport 300+ (pręd. maks. 482 km/h)

Okej, lecimy jeszcze wyżej. Jeszcze dalej. A może… jeszcze później, albo jeszcze jeszcze wcześniej? Taka technologia właściwie powinna znaleźć się w kategorii „technologie, które raczej nigdy nie powstaną”. Trudno jednak, żeby się tutaj nie znalazła, a za pominięcie jej na pewno otrzymalibyśmy reprymendę od Czytelników bloga Botland. 

Nie jesteśmy pewni, co próbował osiągnąć bohater zdjęcia.

Każdy może podróżować w czasie. Robimy to, czy chcemy, czy nie, w stałym tempie jednej sekundy na sekundę. Zgodnie z teorią względności Einsteina żyjemy w czterowymiarowym kontinuum – czasoprzestrzeni – w którym przestrzeń i czas są obok. Einstein odkrył, że im szybciej poruszamy się w przestrzeni, tym wolniej poruszamy się w czasie; innymi słowy: wolniej się starzejemy. Skok w przeszłość to zupełnie inna sprawa – znacie paradoks dziadka?

Jedną z kluczowych idei w teorii względności jest to, że nic nie może podróżować szybciej niż prędkość światła – a to około 186 000 mil na sekundę (300 000 kilometrów na sekundę) lub jeden rok świetlny na rok). Ale można się do niej bardzo zbliżyć. Jeśli statek kosmiczny leciałby z prędkością równą 99% prędkości światła, zobaczylibyśmy, jak pokonuje odległość jednego roku świetlnego w czasie nieco dłuższym niż rok.  Dotychczas wszystko to dość oczywiste, ale teraz nadchodzi dziwna część: dla astronautów na pokładzie takiego statku kosmicznego  podróż zajęłaby zaledwie siedem tygodni. Jest to konsekwencja względności zwana dylatacją czasu, a w efekcie oznacza to, że astronauci skoczyli o 10 miesięcy w przyszłość. Technologią nr 4 w artykule na początku miała być podróż w czasie, ale te dwie koncepcje naturalnie się łączą. 

4. Miecze świetlne

Marzyć nikt nie zabroni.

Alternatywa: stwórz to z projektu w druku 3D i pokombinuj nad podświetleniem 

Technologia może nie tyle przewidywana, co z wytęsknieniem oczekiwana. Miecze świetlne mozolnie od 1977 roku (rok premiery pierwszego filmu sagi Gwiezdne Wojny) ucierały sobie drogę do kultury masowej. Dziś zajmują w niej tak zaszczytne miejsce, że są prawie tak znane jak Coca Cola – nie każdy lubi, ale niemal każdy zna. Nawet ci, którym z Gwiezdnymi Wojnami zupełnie nie po drodze. Pomijając niepraktyczność takiej broni – i nie wspominając o tym, jak niebezpieczne byłoby wymachiwanie mieczem świetlnym – to taki wynalazek najprawdopodobniej nigdy nie powstanie. 

Pierwszym wyzwaniem inżynieryjnym byłoby wymyślenie sposobu na zatrzymanie wiązki światła w odległości około 50-60 cm od źródła. Światło po prostu nie zachowuje się w ten sposób. Chyba, że jest coś, co je blokuje lub pochłania. Podobnie silnie skoncentrowana wiązka nie byłaby w stanie ani przeciąć materiałów, ani napotkać oporu przy uderzeniu w inny miecz świetlny. Zakładając więc, że nie jest to miecz świetlny, a raczej jakiś rodzaj miecza plazmowego, to intensywne ciepło prawdopodobnie stopiłoby rękojeść – a nawet mogłoby spalić dzierżącego ją na popiół. Kryształów zasilających filmowo-książkowo-komiksowe miecze w prawdziwym świecie też brak, trzeba byłoby zatem pomyśleć też o czymś mocniejszym niż paluszki ani baterie R14. Wniosek: nie liczmy na to.

5. Odżywianie pigułkowe

Alternatywa: fast food (to nie jedzenie), podejrzane reklamy

Marzenie zabieganego pracownika korporacji.

W epoce świtu podróży kosmicznych, czyli jakoś w latach sześćdziesiątych, tabletki-posiłki były postrzegane jako kolejny logiczny krok w ewolucji jedzenia. Taki szczyt wydajności i triumf człowieka nad naturą. Zawijane w folię batony i napoje w proszku takie jak Tang (sprzedaż kultowego za oceanem napoju doznała jakiegoś zwyżkowego szoku i wielu myślało, że Tang stworzył program kosmiczny) cieszyły się niespotykaną wcześniej popularnością i utarła szlaki żywności skondensowanej.

Suplement diety to oczywiście nie wszystko. Może być przyjmowany w formie pigułek, kapsułek, tabletek, proszku i płynu. Podobnie z odżywkami dla sportowców – ale to nadal nie jest zamknięta w pigułce kaczka w mandarynkach z makaronem wonton. Suplement może dostarczać składników odżywczych pozyskiwanych ze źródeł żywności – prawdziwej żywności – lub syntetycznych. Do klasy związków odżywczych należą witaminy, minerały, błonnik, kwasy tłuszczowe i aminokwasy. Suplementy diety mogą również zawierać substancje, których niezbędność do życia nie została potwierdzona, ale które są reklamowane jako mające korzystne działanie, takie jak barwniki roślinne lub polifenole. Spora część to zwykłe bzdury. 

Jak w przypadku wielu wizji przyszłości, posiłek w pigułce zmienił się z obiektu fascynacji w obiekt drwin. W latach 60-tych i 70-tych seriale rysunkowe, takie jak Jetsonowie, czy filmy takie jak Sleeper oblały ten pomysł zimną wodą. Programy wojskowe wymyślały coraz bardziej skompresowane racje żywnościowe i pigułki, które mogłyby pomóc powstrzymać głód, ale idea trzydaniowego posiłku dającego uczucie sytości w kapsułce zostaje w sferze marzeń. 

 

6. Niewidzialność

Alternatywa: technologia stealth albo siedzenie w piwnicy przy komputerze

Latający aparat.

Technologie maskujące stealth – są, i to od dawna. Na zdjęciu nagłówkowym miał znaleźć się bombowiec Lockheed F-117 Nighthawk. Rozprasza on część fal radarowych, przez co trudniej go wykryć. Zdecydowaliśmy się jednak na ninja/ducha/mumię w prześcieradle – bo taki poziom niewidzialności możemy obecnie osiągnąć. 

Urządzenie maskujące (z ang. cloaking device, od cloak – peleryna) miałoby być rozszerzeniem podstawowych technologii stosowanych przez samoloty stealth, takich jak odbijanie radaru, kamuflaż optyczny, chłodzenie zewnętrznej powierzchni w celu zminimalizowania emisji elektromagnetycznych (zwykle podczerwieni) czy inne techniki minimalizujące inne emisje EM. Zastosowanie pewnych urządzeń do zagłuszania i dezorientacji urządzeń teledetekcyjnych znacznie ułatwiłoby ten proces, ale jest bardziej poprawnie określane jako „aktywny kamuflaż” – coś jak okulary do „odbijania” kamer CCTV, o których pisaliśmy tutaj. Koncepcje maskowania nie ograniczają się do optyki i mogą być również przeniesione na szerszy grunt fizyki. Na przykład w mechanice udało się zamaskować akustykę dla pewnych częstotliwości, jak również dotyk. Sprawia to, że obiekt staje się „niewidzialny” dla dźwięku lub nawet ukrywa się przed dotknięciem. Ale nie znika, do diabła! 

7. Klonowanie

Alternatywa: klonowanie dysku HDD na SSD albo obrazu spiraconej gry

Pierwsza była ponoć owieczka Dolly, ale na końcu może nas czekać baran w ścianę.

Stosując termin „klonowanie” mamy na myśli szereg różnych procesów w celu wytworzenia genetycznie identycznych kopii jednostki biologicznej. Skopiowany materiał, który ma taki sam skład genetyczny jak oryginał, jest określany mianem klonu. Naukowcy sklonowali szeroką gamę materiałów biologicznych, w tym geny, komórki, tkanki, a nawet całe organizmy, takie jak owce. W 2000 roku sklonowano małpę, a następnie wiele innych ssaków – świnię, krowę, kota, mysz, królika, konia, szczura, a wreszcie w 2005 roku także psa. 

Ciekawostka: klony zwierząt nie zawsze wyglądają identycznie. Chociaż klony mają ten sam materiał genetyczny, środowisko również odgrywa dużą rolę w tym, jak dany organizm się rozwija. Na przykład pierwszy sklonowany kot o imieniu Cc jest kotką calico, która wygląda zupełnie inaczej niż jej matka. Wyjaśnienie tej różnicy jest takie, że kolor i wzór sierści kotów nie może być przypisany wyłącznie genom. Zjawisko biologiczne polegające na inaktywacji chromosomu płci X w każdej komórce kotki (która ma dwa chromosomy X) decyduje o tym, które geny koloru sierści są wyłączone, a które włączone. Rozkład inaktywacji chromosomu X, który wydaje się występować losowo, decyduje o barwie sierści kota.

Co miałby w głowie ludzki klon? Co ze świadomością, doświadczeniem, nawykami? Nie wiadomo. Próbujemy już jednak klonowania osobowości. Oczekiwane efekty są coraz bliżej, natomiast aspekt moralny – cóż, temat do osobnych rozważań. Klonowanie reprodukcyjne ludzi stwarzałoby możliwość stworzenia człowieka, który byłby genetycznie identyczny z inną osobą, która istniała wcześniej lub która nadal istnieje. To sprzeczne z wyznawanymi wartościami religijnymi i społecznymi dotyczącymi godności człowieka naruszałoby liczne zasady indywidualnej wolności i tożsamości. Niektórzy twierdzą jednak, że klonowanie reprodukcyjne mogłoby pomóc na przykład spełnić marzenie o rodzicielstwie bezpłodnym parom. Inni postrzegają klonowanie ludzi jako sposób na uniknięcie przekazania szkodliwego genu występującego w rodzinie bez konieczności poddawania embrionów badaniom przesiewowym lub selekcji. Na razie odsyłamy do filmów fantastycznych.

 

8. Podwodne miasta

Alternatywa: wizyta w podwodnym hotelu na Malediwach albo kreskówka SpongeBob Kanciastoporty

Źródło zdjęcia: The Escapist magazine

Podwodne miasta pojawiały się w dziełach fikcji starych i nowych – jest podwodna cywilizacja Gungan z filmu Gwiezdne Wojny: Mroczne Widmo, uznawany za jeden z najlepszych odcinków telewizji wszechczasów epizod Fish Out of Water serialu BoJack Horseman albo upadła utopia Rapture City z serii gier komputer BioShock (concept art na zdjęciu powyżej). Poważniejsze alternatywy to: 

  • Shicheng (Lion City) w Chinach, 
  • piramidy Yonaguni Jima w Japonii, 
  • Dwarka w Indiach, 
  • część Port Royal na Jamajce, 
  • Olous w Grecji, Baia we Włoszech 
  • Altit Yam w Izraelu. 

Możemy je odwiedzić w nurkując w akwalungu, ale nie możemy tam zamieszkać. Jest też kilka innych podwodnych miast, które możemy podziwiać z zachowaniem określonej odległości. Czym innym jednak miasto podwodne, a czym innym miasto zatopione. Na razie zostawiamy starożytne ruiny w spokoju. 

Choć nie są to całe miasta, to na całym świecie istnieje kilka hoteli, które oferują podwodne pokoje i apartamenty. Jules’ Undersea Lodge w Key West na Florydzie jest zbudowany na bazie starej stacji badawczej, która znajduje się całkowicie pod wodą i jest dostępna tylko poprzez nurkowanie, a na Malediwach można znaleźć hotel z pokojami, które pozwalają na podziwianie Oceanu Indyjskiego pod wodą. Hotel Atlantis w Dubaju posiada podwodne apartamenty reklamowane jako oaza spokoju i sąsiedztwo rekinów, płaszczek i barwnych ryb przepływających obok łóżka. Japońska firma Shimizu deklaruje budowę podwodnego miasta o wymiarach 15 km długości i 500 m szerokości, w którym ma znaleźć się miejsce dla 5000 osób. Ma ono powstać w pobliżu archipelagu Kiribati na Pacyfiku. Dotychczas Japończyków zajmowały raczej sztuczne wyspy, ale cóż, zobaczymy. 

9. Superszybkie windy i winda kosmiczna

Alternatywa: metro – też jedziesz w rurze. Najlepsze są ponoć hongkońskie MTR i generalnie kilka azjatyckich. 

Niektórzy z nas boją się ich dostatecznie już teraz.

…bo niekoniecznie chodzi o transport w pionie. Fani serialu Futurama znajdą intro, w którym wszyscy mieszkańcy Nowego Jorku w roku 2999 zasuwają jak drobiny w odkurzaczu wewnątrz szklanych tub. Co miałoby napędzać… właściwie nas, w takiej tubie? Wielki odkurzacz? Pierwsza komercyjna winda na świecie z domu handlowego w Nowym Jorku powstała w 1857 roku i osiągała zawrotne 12 metrów na minutę. Aktualnie najszybsza winda świata w Shanghai Tower pędzi z prędkością 73 kilometrów na godzinę. I tak idzie nam całkiem nieźle, ale raczej nie polecimy szybko taką windą z Młocin na Kabaty.

Równie często spotykanym pomysłem jest space elevator, czyli dosłowna winda do nieba i jeszcze wyżej, na przykład ekspres na Księżyc. Materiałoznawstwo podpowiada, że materiałem o wystarczająco wysokim stosunku wytrzymałości do masy mógłby być kabel z nanorurek węglowych. Jak na razie nie jesteśmy w stanie wyprodukować go w potrzebnych długościach. Inne teoretyczne metody obejmują dynamiczne podparcie, czyli strumień namagnesowanych pocisków, których pęd popycha kabel w górę. Pomysł ten jest zaskakująco wiarygodny z punktu widzenia fizyki, oceniany jako średnio twardy w skali Mohsa, a po spłaceniu kosztów budowy obniżyłby koszty umieszczania ładunków na orbicie. Może moglibyśmy mieć działającą windę kosmiczną jakieś 50 lat, ale to tak dopiero po tym, jak wszyscy przestaliby się śmiać.

Z pomocą przychodzi oczywiście Elon Musk – ale to nadal nie winda, w której człowiek „podróżowałby bez pojazdu”.

10. Normalna trasa do Zakopanego

Alternatywa: nie denerwuj mnie

Autostrada z Wrocławia do Poznania – nareszcie się udało! A nie, czekajcie, to droga ekspresowa… ale jest! Przecież to i tak na jedno wychodzi, trzeba tylko pamiętać o zmniejszonym limicie prędkości. Technologia co prawda jest, ale dróg nie ma. Jechaliście kiedyś z Wrocławia do Wałbrzycha, czyli na trasie pomiędzy dwoma największymi miastami Dolnego Śląska? Albo Zakopianką w upał przed długim weekendem? Albo do Trójmiasta ze środkowej Wielkopolski, na południe od trasy A1? Pandemia odkorkowała nieco nasze miasta, ale czy to w ogóle jakieś tłumaczenie? Dobra, starczy komentarza.

Życzymy powodzenia wszystkim wynalazcom, konstruktorom i makerom!

Podziel się:

Share on facebook
Share on linkedin
Share on twitter
Oskar Pacelt

Oskar Pacelt

Autor, redaktor i tłumacz ponad 200 wpisów na Botland Blog. Wierzy, że udany tekst jest jak list wysłany w przyszłość. W życiu najbardziej interesuje go prawda, pozostałych zainteresowań zliczyć nie sposób. Zajmuje się ciekawostkami ze świata technologii i nauki.

Zobacz więcej:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.